Gramy w inne gry

Klimat jest absolutnie rewelacyjny – duża skala bitwy, na stole masz wszystko – plutony piechoty, kompanie czołgów, gdzieś w rogu jeszcze artyleria, moździerze, a jakby było mało to w każdej rundzie na 4+ przeleci nad polem bitwy lotnictwo i zbombarduje cele. To jest spełnienie marzeń każdego chłopca, to jest morze żołnierzyków, to dym, wybuchy, to ogień! Aby dopełnić klimatu, przez dwa tygodnie budowałem makietę, zrobiłem półtora metra rzeki, trzy bagniska, jezioro, hektary lasów, wydrukowałem w 3D piękną cerkiew, kilka chat i nawet zagrodę ze świniami. No ludzie złoci, jakbym miał wybierać to nie wiem, czy wybrałbym zdjęcie tego stołu, czy bitwę pod Grunwaldem Matejki jako kandydata na obraz na ścianę w salonie.
Jaram się jak flota Stannisa. Możemy grać.
Obaj czytaliśmy ten sam podręcznik, więc w teorii gramy w tą samą grę, ale już na starcie widać drobne różnice z lektury. Ja zapamiętałem głównie świetne zdjęcia makiet i całostronicowe ilustracje, on zapamiętał, że oprócz 10 cali taktycznego ruchu, można jeszcze wydać specjalny rozkaz Blitz, by przepchnąć kompanię czołgów o dodatkowe 4 cale, a potem jeszcze dowódca kompanii może wydać rozkaz Follow me i pchnąć się o kolejne 4 cale. Moje czołgi wloką się więc te zapisane na karcie oddziału 10 cali, a jego brum brum pędzą 18 cali. Na swoją obronę muszę jednak zaznaczyć, że ten akapit z dodatkowymi rozkazami był na samym końcu rozdziału o poruszaniu się. Byłem pewny, że nikt tego nie czyta.
Nieważne, gramy, jest mega.
Moje Shermany jadą w pięknym szyku, wygląda to tak zajebiście, że robię sobie od razu fotkę – zaparkowałem obok lasu, nawet na defiladzie w Moskwie sprzęt nie prezentuje się tak dumnie. On tymczasem jedzie swoim sprzętem w szyku który określiłbym jako “Żaba rozjechana przez motor” – szeroką ławą, a pomiędzy każdym modelem pół cala przerwy. Wygląda to kompletnie idiotycznie. Sorry, ale jemu nie robię zdjecia.
Jak już jesteśmy przy idiotycznie – nie uwierzycie, ale okazuje się, że ten idiotyczny szyk ma głębszy sens – okazało się, że w podręczniku była informacja, że jeśli między modelami jest pół cala przerwy, to wtedy nie blokują Line of sight. Tak więc z mojej pięknie prezentującej się kompanii pięciu Su-76, salwę oddają tylko te dwa z przedniego rzędu. W odpowiedzi natomiast dostaję na twarz salwę imienia “Szyku pieprzonej żaby” – chłop strzela do mnie z wszystkiego co ma na stole. Nie wiem dokładnie gdzie jest to zdanie o tej szerokiej na pół cala przerwie między modelami, ale podejrzewam, że na stronie obok było jakieś fajne zdjecie figurek i się zdekoncentrowałem. Nie ważne. Jest zajebiście. Gramy dalej!
Pcham do przodu moje Shermany gotowy do walki, gotowy do wymiany ognia, gotowy na dym, gotowy na wybuchy i ogień, a on tymczasem przesuwa swoje wozy zwiadu o jeden pieprzony cal w prawo, parkuje nimi jak idiota w pustym polu, i stoi tam sobie jak ostatni matoł obok mojej baterii dział 105 mm. Moja artyleria jest okopana, ma dużego Save, chłopie, myślę sobie, możesz do mnie strzelać do usranej śmierci. Życzę powodzenia.
A’propos usranej – chwilę później okazuje się, że mam przesrane. Zamiast do mnie strzelać, on robi mi Assault (skąd mogłem wiedzieć, że te wozy w ogóle mogą robić Assault?!), wypłaca mi milion pięćset hitów, a ja mu w odpowiedzi wypłacam całę zero bo… “Zobacz, tu masz statystykę Move, i jak widzisz jest tu myślnik, to znaczy, że oni nie mogą się ruszyć, więc kiedy przesunąłem się o ten jeden cal i stanąłem im z boku, to według reguł atakuję cię z boku, a ty nie masz możliwości się poruszyć, dostawić się do walki i mi oddać”, tłumaczy rozwalając mi całą baterię artylerii jednym z dupy autkiem zwiadu.
No nic. Gramy dalej. Z tym „jest zajebiście” to bym już jednak nie przesadzał…
Dwie godziny później ja nie mam na planszy ani jednego modelu. On przez całą grę stracił jakieś przypadkowe trzy figurki, z tych ponad 30 jakie miał na planszy. Kompletna anihilacja.
Oczywiście, mogłem zażądać, żeby przestał wykorzystywać reguły, których nie znam.
Mogłem pójść dalej i zażądać, by przestał korzystać z reguł, które znam, ale o nich akurat zapomniałem.
Mogłem też zażądać, by tak jak ja poruszał modele klimatycznie pod fajne zdjęcia, a nie ustawiał każdą figurkę z dokładnością elektronicznej suwmiarki.
Mogłem apelować, by pędził do przodu kompaniami czołgów i opowiadał ciekawą epicką historię, a nie siedział z nosem w rozpisce i odhaczał użycie każdej jednej zdolności, aktywował każdy jeden keyword i wprowadzał w życie każdą jedną regułę specjalną każdej figurki na stole…
Cóż, jedyne co robiłem, to apelowałem , by przestał rzucać tyle szóstek…
***
Obaj mamy w domu ten sam podręcznik. Obaj mamy w domu modele do tej samej gry. Wydawałoby się, że obaj gramy w tą samą grę. A jednak tak nie jest. To co w hobby nazywa się casual play oraz competitive play to wykorzystanie tego samego podręcznika na dwa zupełnie, kompletnie, totalnie inne sposoby. To de facto są dwie inne gry.
Zderzenie dwóch światów, tych dwóch stylów gry w bitewniaki jest zderzeniem wyjątkowo bolesnym dla obu stron – oto ja frustrujący się, że przeciwnik dosłownie anihiluje moją armię i oto mój przeciwnik frustrujący się, że marnuje czas na granie z kompletnym nieogarem. On zły, ja zły, zderzenie światów, a w jego efekcie zmarnowane popołudnie.
No ale jemu przynajmniej zgadzają się punkty w tabeli…









Leave a Comment